..
..

 

   

Wiersze na każdą okazję
[ Strona główna ]   [ Poezja ]   [ Powinszowania małych dzieci ]   [ Powinszowania starszych dzieci ]   [ Powinszowania Nowego Roku ]   [ Powinszowania prozą ]   [ Wpisy do imionników i albumów ]  [ Różne ]   [ Toasty ]   [ SMS ]

   

Wiersze Kazimierza Przerwy - Tetmajera

 

 

 

* W jesieni

* Do snu

* Konaj me serce

* Credo

* Podczas burzy

* Hymn do Nirwany

* Hymn do miłości

* Ona

* Lubię, kiedy kobieta...

* Pozdrowienie

* Dusza w powrocie

* (1909 Rok)

 

W jesieni

 

O cicha, mglista, o smutna jesieni!

Już w duszę czar twój dziwny, senny spływa,

przychodzą chmary zapomnianych cieni,

tęsknota wiedzie je smutna i tkliwa,

ileż miłości, och, ileż kochania

umarła przeszłość z naszych serc pochłania,

z naszych serc biednych, z naszych serc bezdeni...

 

Zamykam oczy... Blade ciche cienie

suną się w liści posępnym szeleście -

jak obłok światło: niesie je wspomnienie...

O dni umarłe! o dni! gdzież jesteście?...

co pozostało po was?... Ach! daleko,

daleko kędyś toczycie się rzeką

szarą i mętną w głąb puszcz i w milczenie...

 

 

Do snu

 

Nie mam dosyć odwagi, aby przed złem życia

w śmierci szukać zbawienia

i wiecznego ukrycia,

ani wiem, czy śmierć kresem ludzkiego istnienia

jest wieczystym?... Ani wiem, czy zło w tej zaziemnej

bezwiednie przeczuwanej przestrzeni tajemnej

nie władnie? Lecz strudzony walką bezowocną

z siłą losu przemocną,

ciebie wołam, śnie cichy... O! gdybyś przez wieki

nie schodził z mej powieki...

Śnie! Ileż razy westchnę do ciebie, gdy jasna

okrutna prawda mózg mój i serce rozdziera...

Jeszcze godzina jedna, dwie - - a potem zasnę

i cichość mnie śmiertelna

kołysze na swym łonie... Duch we mnie umiera,

i jestem, jak trup żywy, bez czucia, bez myśli,

więc złemu niedostępny... Ty mi słodycz zeszłej,

śnie - - chcę choć wizji szczęścia. O! gdybyś przez wieki

nie schodził z mej powieki...

 

A choćbym dziś zasnąwszy, zamiast spodziewanej

ulgi, miał śpiący stać się łupem widm cierpienia

lub choćby się jątrzyły w nocy owe rany,

zdobyte w walce dziennej,

których ja zapomnienia

szukam w martwości sennej:

jeszcze do cię zawołam, śnie, obyś przez wieki

nie schodził z mej powieki...

 

 

Konaj me serce

 

Konaj, me serce - - po co żyć ci dalej?

Żadne z twych pragnien nigdy się nie iści - -

wrze j, aż cię ogien wewnętrzny przepali,

i uschnij, na kształt oderwanych liści.

 

Milcz i umieraj. Ileżeś to razy

zadrgało próżno; klątwy ileżkrotne

na twe szalone rzucałeś ekstazy,

i znów milczało - - dumne i samotne.

 

Ale tej nocy posępnej i sennej

nie zdołasz milczeć, szał buntu cię zrywa,

z milczenia twego powstajesz Gehenny,

na ustach twoich drga klątwa straszliwa...

 

Gdyby ta klątwa zmieniła się w gromy,

skały się skruszą i spłomieni morze,

zadrży sklep niebios wiecznie nieruchomy,

gwiazdy zen runą w przepaść...

 

 

Credo

 

Jutro?... Nie wierzę, aby lepiej było

i nie zazdroszczę już tej wiary - dzieciom...

Po co się łudzić? Wydarte stuleciom

posępne, smutne, zimne doświadczenie

złudzeniom wszelkim na czole wyryło:

"Śmierć i nicestwo!"... zabiło złudzenie...

I tylko dziwna, mistyczna, szalona

chęć tą ohydną wstrząsnąć ziemi bryłą,

świat cały, jak jest, pochwycić w ramiona,

z posad go dźwignąć i na nowe koła

jakie bądź rzucić, gdy te, co go toczą,

we łzach się pławią i we krwi się broczą;

i tylko głos ten, co nas w noce woła

z złem walczyć nie przez ufność odrodzenia,

lecz przez nienawiść ku złemu dla złego

i żądzę, ssaną z powietrzem, niszczenia:

jest naszą wiarą. A choć czasem ona

omdlewa w piersiach, to wnet zmartwychwstawa,

jako z popiołów Feniks, odrodzona,

i jak kometa błyska ludziom krwawa,

której płomienie może świat zażegą.

My nienawidzim zła dzisiejszej doby - -

jutro?... To jutro?... Jutro, marzyciele,

przeklinać własne swe będziecie próby,

nowe zło w nowym odkrywając dziele;

jutro, trawieni nowymi choroby,

szukać będziecie nowego systemu

leków i zbawien, a nie mogąc męce

ulżyć, bezsilni załamiecie ręce,

bo póki ludziom trwać, poty trwać złemu.

Lecz naprzód, naprzód! Niechaj zbrodnie stare

ustąpią nowym - nim się te przeżyją - -

ścigajcie marzen cudną, a czczą marę,

jak ci ścigali, co dziś w grobach gniją.

Lecz naprzód, naprzód! Łudźcie się, Ikary,

że potraficie dolecieć do słonca,

w zdobyte niebo wstąpić z człowieczenstwem,

a potem - widźcie, że próżne ofiary,

że pomoc złego jest wiecznotrwająca,

zwątpcie, zrozpaczcie i gincie z przeklenstwem!

Bo niczym innym nie jest chód ludzkości,

tylko przemianą zła wieczyście trwałą;

o Chrystusowej marząc wszechmiłości

deptajcie wroga, co was przedtem deptał,

drżąc, że już rośnie mściciel z jego kości,

co was obali, jak kłodę zbutwiałą,

i znów was zdepce, gdy już krew wy chłeptał.

Brutalna siła, która rządzi światem,

wybawicielem nie jest ani katem:

ślepa i głucha, zimna, obojętna,

idzie bez celu i nie władnąc, włada,

nie dba, gdzie jakie pozostawi piętna,

kto pod jej nogą powstaje, kto pada?

Nienawiść dźwignią jest świata - - niech działa

ta najsilniejsza potęga ludzkości:

jeśli potrafi i dusze, i ciała

na wskroś przekształcić, zabić w ludziach zwierzę:

wówczas dopiero w królestwo miłości

ewangelicznej na ziemi - uwierzę.

 

 

Podczas burzy

 

Wciągam wicher jak rumak, gdy na step wybieży,

wicher od Tatr wiejący, bystry, ostry, świeży - -

zda mi się, że potargam wszystkie ziemskie sidła,

że mi u ramion rosną długie orle skrzydła

i poniosą mię w przestwór... Słonce się zachmurza,

śmignął z chmur wąż płomienny, zahuczała burza,

wodospadem deszcz lunął. W tym olbrzymim szturmie

wichru, deszczu, piorunów: duszy mej muzyka-

budzi się - głos w niej zagrzmiał jak w wojennej surmie,

melodia ją napełnia szalona i dzika,

a skrzydła orle, co mi u ramion wyrosły,

w niszczących potęg chaos duszę mą poniosły.

 

 

Hymn do Nirwany

 

Z otchłani klęsk i cierpien podnoszę głos do ciebie,

Nirwano!

Przyjdź twe królestwo jako na ziemi, tak i w niebie,

Nirwano!

Złemu mnie z szponów wyrwij, bom jest utrapien srodze,

Nirwano!

I niech już więcej w jarzmie krwawiącym kark nie chodzę,

Nirwano!

Oto mi ludzka podłość kałem w źrenice bryzga,

Nirwano!

Oto się w złości ludzkiej błocie ma stopa ślizga,

Nirwano!

Oto mię wstręt przepełnił, ohyda mię zadusza,

Nirwano!

I w bólach konwulsyjnych tarza się moja dusza,

Nirwano!

O przyjdź i dłonie twoje połóż na me źrenice,

Nirwano!

Twym unicestwiającym oddechem pierś niech sycę,

Nirwano!

Żem żył, niech nie pamiętam, ani wiem, że żyć muszę,

Nirwano!

Od myśli i pamięci oderwij moją duszę,

Nirwano!

Od oczu mych odegnaj złe i nikczemne twarze,

Nirwano!

Człowiecze zburz przede mną bożyszcza i ołtarze,

Nirwano!

Niech żywot mię silniejszych, słabszych śmierć nie uciska,

Nirwano!

Niech błędny wzrok rozpaczy przed oczy mi nie błyska,

Nirwano!

Niech otchłan klęsk i cierpien w łonie się twym pogrzebie,

Nirwano!

I przyjdź królestwo twoje na ziemi, jak i w niebie,

Nirwano!

 

 

Hymn do miłości

 

Tyś jest najwyższą z sił, wszystko ulega tobie,

miłości!

Życie jest żądzą, a tyś z żądz największą,

prócz samej żądzy życia; duszą duszy

i sercem serca życia tyś jest,

miłości!

Jeśli największym szczęściem zapomnienie,

bezwiedza i niepamięć własnego istnienia;

toś ty jest szczęściem szczęścia, ty, co dajesz

omdlenie duszy i omdlenie zmysłom

i myśli kładziesz kres upajający,

miłości!

Jeśli złudzenia są jedynym dobrem,

toś ty największym dobrem, najsilniejsze

ze wszystkich złudzen ty, moc mocy,

pierwotna, dzika, nie znająca kiełzan,

święta potęgo,

miłości!

Jeśli pragnienia są jedyną ową

poręczą, która chroni

od upadnięcia w przepaść rozpaczy i wstrętu;

jeśli są jedynym

mostem, po którym można iść nad odmęt nudy;

jeśli jedynym są lekarstwem, które

broni od cierpien zwątpienia i zbrzydzen,

pogardy świata i od samowzgardy:

to ty, o matko pragnien, jesteś ową

poręczą, mostem i lekarstwem, jesteś

zbawczynią ludzi,

miłości!

Czas idzie i zmieniają się wiary,

bóstwa w proch upadają jedne po drugich,

dziś czczone, jutro deptane,

przechodzą przed oczyma ludzkości,

by więcej nie powrócić:

ty trwasz wieczysta, jak strach, głód i zawiść,

pierwotna, tak jak one,

jak one tryumfalna,

nad wszystko wyniesiona, niepokonana

niczym i nigdy, tak jak one,

pierwotna, dzika potęgo

miłości!

Wdzięku, piękności natury,

kędyś jest wobec wdzięku i piękna miłości?

Jesteś jak rama

do obrazu, jak otęcz promieni

skrzącemu kręgowi słonca.

Kędyś jest, liściu róży,

wobec ust ukochanej?

Kędyś, szafirze niebios, morza błękicie,

wobec ócz ukochanej?

Kędyś, szumie jaworów i śpiewie ptaków

w wiosenne rano,

wobec głosu ukochanej?

Kędyś, ciszo grot pośród paproci

pod gęstymi zaplotami bluszczów,

wobec milczenia ukochanej?

Kędyś jest, śniegu, różowiony blado

od blasku słonca,

wobec koloru ciała ukochanej?

Kędyście, linie cudowne

gór i skał, kędy łuk tęczy świetlisty,

kędy przepysznych wodospadów wstęgi,

smukłe narcyzy, palmy wybujałe,

kędy obłoki lotne i powiewne

wobec kształtów ciała ukochanej?

Kędyś, mchu miękki, liściu aksamitny,

wobec jej piersi dotknięcia i dłoni?

Kędyś, marmurze gładki, grzany słoncem,

wobec jej białych bioder, spływających

cudowną linią

w odurzający wzrok, dech wstrzymujący

kształt, który rękę przykuwa do siebie?

Kędyś jest, czarze nocy księżycowej,

czarze poranku, kiedy słonce wschodzi

zza gór dalekich;

uroku jezior, co się nagle jawią

pośród skał senne,

i tej zieleni złocistej, ze szczytów

widzianej w dali:

wobec czaru ukochanej?

Kędyś jest, melancholio wieczorów jesiennych,

wobec jej smutku?

Kędyś, wesele letniego południa,

przy jej radości?

Kędy o sławie sny, sny o potędze,

zwycięstwach dumy, odpłaceniu krzywdy,

o nieznoszeniu niesprawiedliwości:

wobec snów o ukochanej?

Kędyś, pragnienie posiadania złota,

przy posiadania jej ciała pragnieniu?

Kędyś jest, żądzo poznania wszystkiego,

co jest poznanym albo nim być może,

wobec pragnienia poznania wskroś duszy

ukochanej kobiety?

Tak, tyś największą z sił, tyś życiem życia,

miłości!

Najsłodszą rozkosz i najsroższą boleść

ty sprawiasz; tyś jest, tak jak śmierć, królową

wszechistnien ziemskich, pierwotna potęgo,

miłości!

 

 

Ona

 

Księżyc wśród białych chmurek, którymi wiatr miota,

światła zmienne, płochliwe wywołując tony;

oceanu nęcąca, mistyczna ciemnota;

zorza, co wzrok olśniewa o południu złota;

nicokreślny blask gwiazdy w wodzie odstrzelonej;

 

ranek promienny, ciepły, pogodny, radosny,

rozkosz ziemi, powietrza, wody i błękitu,

pełen woni róż, lilii, heliotropu, sosny,

upajający ranek pierwszego dnia wiosny,

budzący bezmiar marzen, tęsknot i zachwytu;

 

limba, co nad jeziorem chyli się o zmroku

i spogląda w głąb dumna, cicha, zamyślona,

wsłuchana w melodyjny, senny szum potoku

i od fali ku gwiazdom mglejącym na stoku

nieskonczonych błękitów patrząca: to ona.

 

 

Lubię, kiedy kobieta...

 

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,

kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,

gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie

i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.

 

Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,

gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,

gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem

i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.

 

I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania

przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania

zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,

gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.

 

Lubię to - i tę chwilę lubię, gdy koło mnie

wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,

a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata

w nieskonczone przestrzenie nieziemskiego świata.

 

 

Pozdrowienie

 

Sponad wiślanych leci fal

wiosenny, chłodny wiatr,

leci ku mojej ziemi w dal,

ku śnieżnym szczytom Tatr.

 

Wichrze! Nad wzgórza, pola nieś

me pozdrowienie stąd,

rodzinną moją pozdrów wieś

i dunajcowy prąd.

 

Przydrożne wierzby, smreków las,

w ogródkach każdy kwiat

i wszystkie łąki pozdrów wraz,

i ludzi z wszystkich chat.

 

I do tych śnieżnych skał się zwróć,

ku stawom, halom gnaj,

i pozdrów mi po tysiąckroć

mój cały górski kraj...

 

 

Dusza w powrocie

 

Szukam na próżno - odnaleźć nie mogę -

nie mogę znaleźć dawnej duszy mojej...

Gdzież jest? Gdzie znikła?... Ach! przede mną stoi

jakiś cien - jodła widna przez szeżogę.

 

Jakiś, cien, mara blada, znikła zjawa -

smutno się, trwożnie, bojaźliwie do mnie

zza mgły uśmiecha - patrzę nieprzytomnie,

strach mi wśród piersi zrywa się i wstawa!

 

To widmo - to jest - moja dusza!? Moja

dusza!? To widmo?! Ten cien!? To konanie!?

To dusza moja!? Naokół otchłanie

i mgły... Tak jest: to ona. Mówi: to ja.

 

To ja... Tak jest: to ty... Ty... Gdzieżeś była?

Milczy. - Skąd wracasz? Powiedz... Schyla głowę.

Mów... Głowa na piersi spada... Przez niezdrowe

szłaś kraje?... Drży, jak haszyszem opiła.

 

Wróciłaś?... Szepce: tak - i patrzy w oczy,

jak pies, co zwlókł się i wraca ku nodze.

Ty jesteś dusza moja... po złej drodze

szłaś - nawet krew ci, spojrzyj, stopy broczy.

 

Nie czujesz?... Przeczy głową. Zziębła, blada,

nie czuje bólu, krwi na stopach. - Długo

błądziłaś kędyś -patrz: czerwoną strugą

za tobą bieży krew, co z nóg twych pada.

 

Długo nie było cię. Pójdź, chcę ci rany

obetrzeć z krwi... lecz gdzie są skrzydła twoje?...

Gdzie skrzydła!? Powiedz! Mów! Jak orzeł dwoje

skrzydeł szerokich miałaś, jak orkany!

 

Mówi Mów! Na Bogal Gdzie twe skrzydła? Duszo!

Dwa miałaś skrzydła, wielkie, silne, duże,

gdzież są!? - Noc legła na całej naturze,

mgły kłębem spadły w dół i światło głuszą.

 

Gdzie skrzydła?... Pustka... Zapomniałem ciebie,

nagle uczułem w sobie, że cię nie ma;

zacząłem szukać - przyszłaś, jesteś... Niema

cisza na ziemi zwisła i na niebie.

 

Nagle cię znaleźć i mieć zapragnąłem:

jesteś - ta sama, co tam, na Jeziorze, --

chłonęłaś w siebie świat... Przyszłaś w pokorze

z bezwładną ręką i spuszczonym czołem...

 

W źrenicach suchość masz, w skroniach pożogę,

twe skrzydła strzęp, proch duma twa i siła,

na stopach twoich krew... Wiem już, gdzieś była -

anioł cię śmierci wwiódł na swoją drogę.

 

 

(1909 Rok)

 

Przeminął czas, przeminął czas

młodości tęsknych pieśni,

co się nie stało życiem w nas,

już się nie ucieleśni.

 

I tylko jedne w sobie ma

różnicę późna pora:

młodość do jutra tęskni dnia,

wiek męski śni o wczora...

 

Lecz duszy się nie zmienia głos,

czym rodzisz się, tym giniesz,

a komu tak przeznaczył los:

ujrzysz, zrozumiesz - - miniesz.

 

 

.. 
... .. ..