..
..

 

   

Wiersze na każdą okazję
[ Strona główna ]   [ Poezja ]   [ Powinszowania małych dzieci ]   [ Powinszowania starszych dzieci ]   [ Powinszowania Nowego Roku ]   [ Powinszowania prozą ]   [ Wpisy do imionników i albumów ]  [ Różne ]   [ Toasty ]   [ SMS ]

   

Wiersze Czesława Miłosza

 

 

 

* Ależ tak, pamiętam

* Alkoholik wstepuje w brame niebios

* Campo di Fiori

* Coś się narodził

* Dar

* Dzwony w zimie

* Granica

* Jasnosci promieniste

* Miłość

* No tak, trzeba umierać

* Piękna Pani

* Piosenka o koncu świata

* Słonce

* Zapomnij

 

Ależ tak, pamiętam


Ależ tak, pamiętam podwórze w domu Romerów,

gdzie miała swoją siedzibę loża ,,Gorliwy Litwin".

I w starości stałem na moim uniwersyteckim

dziedzincu pod arkadami, przed wejściem do kościoła

Świętego Jana.

Co za dal, ale mógłbym słyszeć jak furman strzela z

bicza i wjeżdżamy całą gromadą z Tuhanowicz

przed ganek dworu w Szczorsach Chreptowiczów.

Żeby czytać w największej bibliotece na Litwie księgi

ozdobione wizerunkiem człowieka kosmicznego.

Jeżeli pisząc o mnie pomylą stulecia,

sam potwierdzę, że byłem tam w 1820 roku, pochylony

nad ,,L"aurore naissante" Jakuba Böhme, francuskie wydanie, 1802.
  

Alkoholik wstepuje w brame niebios

 Jaki będę, Ty wiedziałeś od początku.

I od początku każdego żywego stworzenia. 
To musi być okropne, mieć taką świadomość, 
w której są równoczesne 
jest, będzie i było. 
Żyć zaczynałem ufny i szczęśliwy, 
pewny, że dla mnie co dzien wschodzi słonce, 
i dla mnie otwierają się poranne kwiaty. 
Od rana do wieczora biegałem w zaczarowanym ogrodzie. 
Nic a nic nie wiedząc, że Ty z Księgi Genów 
wybierasz mnie na nowy eksperyment, 
jakbyś nie dosyć miał na to dowodów, 
że tak zwana wolna wola 
nic nie poradzi wbrew przeznaczeniu. 
Pod twoim ubawionym spojrzeniem cierpiałem 
jak liszka żywcem wbita na kolec tarniny. 
Otwierała się przede mną straszność tego świata.
Czyż mogłem nie uciekać od niej w urojenie? 
w trunek, po którym ustaje szczękanie zębami, 
topnieje gniotąca pierś rozpalona kula 
i można myśleć, że jeszcze będę żyć jak inni? 
Aż zrozumiałem, że tylko błądzę od nadziei do nadziei 
i zapytałem Ciebie, Wszechwiedzący, czemu 
udręczasz mnie. Czy to próba, jak u Hioba, 
aż uznam moją wiarę za ułudę 
i powiem: nie ma Ciebie ni twoich wyroków, 
a rządzi tu na ziemi tylko przypadek? 
Jak możesz patrzeć 
na równoczesny, miliardokrotny ból? 
Myślę, że ludzie, jeżeli z tego powodu nie mogą uwierzyć, 
że jesteś, zasługują w Twoich oczach na pochwałę. 
Ale może dlatego, że litowałeś się bez miary, zstąpiłeś na ziemię, 
żeby doznać tego, co czują śmiertelne istoty. 
Znosząc ból ukrzyżowania za grzech, ale czyj? 
Oto ja modlę się do Ciebie, ponieważ nie modlić się nie umiem. 
Bo moje serce Ciebie pożąda, choć wiem, że nie uleczysz mnie. 
I tak ma być, żeby ci, którzy cierpią, dalej cierpieli, wysławiając 
Twoje Imię.

 

Campo di Fiori

W Rzymie na Campo di Fiori

Kosze oliwek i cytryn, 
Bruk opryskany winem 
I odłamkami kwiatów. 
Różowe owoce morza 
Sypią na stoły przekupnie, 
Naręcza ciemnych winogron 
Padają na puch brzoskwini. 
Tu na tym właśnie placu 
Spalono Giordana Bruna, 
Kat płomien stosu zażegnął 
W kole ciekawej gawiedzi. 
A ledwo płomien przygasnął, 
Znów pełne były tawerny, 
Kosze oliwek i cytryn 
Nieśli przekupnie na głowach. 
Wspomniałem Campo di Fiori 
W Warszawie przy karuzeli, 
W pogodny wieczór wiosenny, 
Przy dźwiękach skocznej muzyki. 
Salwy za murem getta 
Głuszyła skoczna melodia 
I wzlatywały pary 
Wysoko w pogodne niebo. 
Czasem wiatr z domów płonących 
Przynosił czarne latawce, 
Łapali skrawki w powietrzu 
Jadący na karuzeli. 
Rozwiewał suknie dziewczynom 
Ten wiatr od domów płonących, 
Śmiały się tłumy wesołe 
W czas pięknej warszawskiej niedzieli. 
Morał ktoś może wyczyta, 
Że lud warszawski czy rzymski 
Handluje, bawi się, kocha 
Mijając męczenskie stosy. 
Inny ktoś morał wyczyta 
O rzeczy ludzkich mijaniu, 
O zapomnieniu, co rośnie, 
Nim jeszcze płomien przygasnął.
Ja jednak wtedy myślałem 
O samotności ginących. 
O tym, że kiedy Giordano 
Wstępował na rusztowanie, 
Nie znalazł w ludzkim języku 
Ani jednego wyrazu, 
Aby nim ludzkość pożegnać, 
Tę ludzkość, która zostaje. 
Już biegli wychylać wino, 
Sprzedawać białe rozgwiazdy, 
Kosze oliwek i cytryn 
Nieśli w wesołym gwarze. 
I był już od nich odległy, 
Jakby minęły wieki, 
A oni chwilę czekali 
Na jego odlot w pożarze. 
I ci ginący, samotni, 
Już zapomniani od świata, 
Język nasz stał się im obcy 
Jak język dawnej planety. 
Aż wszystko będzie legendą 
I wtedy po wielu latach 
Na nowym Campo di Fiori 
Bunt wznieci słowo poety. 
Warszawa - Wielkanoc, 1943 

 

 

Coś się narodził

Coś się narodził tej nocy

Byś nas wyrwał z czarta mocy.
Kolęda
Ktokolwiek uważa za normalny porządek rzeczy 
w którym silni triumfują, słabi giną, a życie konczy się
śmiercią godzi się na diabelskie panowanie.
Chrześcijanstwo niech nie udaje, że jest przyjazne
światu, skoro widzi w nim grzech pożądania czyli
uniwersalnej Woli, jak to nazwał wielki filozof
pesymizmu, Schopenhauer, który w chrześcijanstwie
i buddyzmie znajdował rys wspólny, współczucie dla
mieszkanców ziemi, padołu łez.
Kto pokłada ufność w Jezusie Chrystusie oczekuje
Jego przyjścia i konca świata, kiedy pierwsze niebo i
pierwsza ziemia przeminą i śmierci już nie będzie.

 

 

Dar

Dzien taki szczęśliwy.

Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie. 
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium. 
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć. 
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć. 
Co przydarzyło się złego, zapomniałem. 
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem. 
Nie czułem w ciele żadnego bólu. 
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle
 

Dzwony w zimie

Kiedy jechałem zza gór Siedmiogrodu

Przez bory, puszcze, karpatne zwaliska,
I raz pod wieczór, stanąwszy u brodu
(Żem był wysłany sam od towarzystwa
Dla dróg szukania) puściłem na trawę
Konia mojego i dobyłem z troków
Księgę Przymierza, to tak mi łaskawe
Zdały się zorze i szumy potoków,
Że schylonemu nad Listy Pawłowe
I pierwszą gwiazdę w niebie widzącemu
Sen mocny zwolna ukołysał głowę.
Młodzieniec w greckiej bogatej odzieży
Ramienia mego dotknął i powiadał:
"Czas dla śmiertelnych jako woda bieży,
Jam jego otchłan aż do dna przebadał.
Mnie to w Koryncie srogi Paweł gromił
Za to że ojcu memu żonę wziąłem.
Mnie to na zawsze wieczerzać zabronił
Pospólnie z nimi za braterskim stołem.
Odtąd nie byłem w świętych zgromadzeniu
I grzeszna miłość wiodła mnie przez lata
Do biednej łątki wydanej skuszeniu
Aby się wieczna spełniła zatrata.
Ale mnie wyrwał z prochu błyskawicą
Pan mój i Bóg mój, którego nie znałem.
Za nic się jemu wasze prawdy liczą.
On miłosierdzie ma nad wszystkiém ciałem".
Pod wielkim niebem gwiaździstym ockniony,
Niespodziewanej doznawszy pomocy,
Zbywając troski o żywot nasz płony,
Chustką wytarłem zwilgłe od łez oczy.
Nie jeździłem do Siedmiogrodu.
Nie wiozłem stamtąd posłan mojemu zborowi.
Ale mógłbym był.
Jest to ćwiczenie stylistyczne.
Zaprzeszły czas
Krajów niedokonanych.
 

Granica

Śnił mi się sen o trudnej do przekroczenia granicy,

a przekroczyłem ich sporo, na przekór strażnikom
panstw i imperiów.
Ten sen nie miał sensu, bo właściwie był o tym, że
wszystko dobrze, dopóki do przekroczenia granicy
nie jesteśmy zmuszeni.
Po tej stronie zielony puszysty dywan, a to są
wierzchołki drzew tropikalnego lasu, szybujemy
nad nimi my, ptaki.
Po tamtej stronie żadnej rzeczy, którą moglibyśmy
zobaczyć, dotknąć, usłyszeć,
posmakować.
Wybieramy się tam, ociągając się, niby emigranci
nie oczekujący szczęścia w dalekich krajach wygnania. 
 
 

Jasnosci promieniste

 Jasności promieniste,

Niebianskie rosy czyste, 
Pomagajcie każdemu 
Ziemi doznającemu. 
Za niedosiężną zasłoną 
Sens ziemskich spraw umieszczono. 
Gonimy dopóki żywi, 
Szczęśliwi i nieszczęśliwi. 
To wiemy, że bieg się skonczy 
I rozłączone się złączy 
W jedno, tak jak być miało: 
Dusza i biedne ciało.

 

Miłość

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,

Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwien różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.
Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć,
Żeby stanęły w wypełnienia łunie.
To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie.

 

 

No tak, trzeba umierać

 No tak, trzeba umierać.

Śmierć jest ogromna i niezrozumiała.
Na próżno w Dzien Zaduszny chcemy usłyszeć głosy
z ciemnych podziemnych krain, Szeolu, Hadesu.
Jesteśmy igrające króliczki, nieświadome, że pójdą pod
nóż.
Kiedy zatrzyma się serce, następuje nic,
mówią moi współcześni wzruszając ramionami.
Chrześcijanie stracili wiarę w surowego Sędziego,
który skazuje grzeszników na kotły z wrzącą smołą.
Ja odniosłem korzyści z czytania Swedenborga,
U którego żaden wyrok nie spada z wysoka,
I dusze umarłych ciągnie jak magnes do dusz
podobnych
Ich karma, jak u buddystów.
Czuję w sobie tyle nie wyjawionego zła, że nie
wykluczam mego pójścia do Piekła.
Byłoby to zapewne Piekło artystów,
To znaczy ludzi, którzy doskonałość dzieła
Stawiali wyżej niż swoje obowiązki małżonków, ojców,
braci i współobywateli.
 

 

Piękna Pani

Piękna Pani, Ty, która dzieciom ukazałaś się w Lourdes

i Fatima.
Najbardziej wtedy, jak mówią dzieci, zdumiała je
Twoja niewysłowiona śliczność.
Jakbyś chciała przypomnieć, że piękno jest jednym z
komponentów świata.
Co mogę potwierdzić, bo byłem w Lourdes
pielgrzymem u groty, kiedy szumi rzeka i na czystym
niebie nad górami widać rąbek księżyca.
Stałaś, mówią dzieci, nad niedużym drzewkiem, ale
Twoje stopy unosiły się
na około dziesięć centymetrów nad jego
liśćmi.
Miałaś ciało nie zjawy, ale z niematerialnej materii, i
można było rozróżnić guziki Twojej sukni.
Prosiłem Ciebie o cud, ale byłem też świadomy,
Że przychodzę z kraju, gdzie Twoje sanktuaria służą
umacnianiu narodowej ułudy i uciekaniu się pod
Twoją obronę, poganskiej bogini, przed najazdem
nieprzyjaciela.
Moja obecność tutaj była zamącona
 Obowiązkiem poety, który nie powinien
schlebiać ludowym wyobrażeniom,
Ale pragnie pozostać wierny Twojej niedocieczonej intencji
Ukazywania się dzieciom w Lourdes i Fatima.

 

 

Piosenka o koncu świata

W dzien konca świata

Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzien konca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słone i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego konca świata nie będzie,
Innego konca świata nie będzie.

 

 

Słonce

Barwy ze słonca są. A ono nie ma

Żadnej osobnej barwy, bo ma wszystkie.
I cała ziemia jest niby poemat,
A słonce nad nią przedstawia artystę.
Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słone.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące.
Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli
I patrzy w promien od ziemi odbity.
Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili:
Gwiazdy i róże, i zmierzchy i świty. 

 

Zapomnij

 Zapomnij o cierpieniach,

Które sam zadałeś. 
Zapomnij o cierpieniach, 
Które tobie zadano. 
Wody płyną i płyną, 
Wiosny błysną i giną, 
Idziesz ziemią ledwie pamiętaną. 
Czasem słyszysz daleko piosenkę. 
Co to znaczy, pytasz, kto tam śpiewa? 
Dziecinne słonce wschodzi, 
Wnuk i prawnuk się rodzi. 
Teraz ciebie prowadzą za rękę. 
Nazwy rzek tobie jeszcze zostały. 
Jakże długo umieją trwać rzeki! 
Pola twoje, ugorne, 
Wieże miast, niepodobne. 
Ty na progu stoisz, zaniemiały.

 

 

.. 
... .. ..